Copyright Marcin Ch. © 2006 Design by JAsko zalecana rozdzielczość: 1024 x 768

 

 

 

ZAWODY

 

4.03.2007r w Zawoi odbyły się II Otwarte Zawody Skitourowe O Puchar Polar Sportu. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie mój udział w nich. Do ręki dostałem narty, buty i foki, po krótce objaśniono mi jak obchodzić się ze sprzętem i… na start! Stanąłem w ostatniej linii jak przystało na rozsądną osobę, nie umiejącą jeździć na nartach. Gwizdek sędziego oznajmił początek rywalizacji. Wszyscy co sił w nogach pomknęli zjazdem szeroką leśną przecinką, ja zaś ratowałem się sposobami znanymi z biegówek. Metoda była prosta: jak bardziej płasko to „krecha” jak stromiej to „pług”, zakręty albo „przekładanką” albo… gleba. Odpowiedniego koloru chorągiewki oznajmiły, że zaczyna się podejście i czas założyć foki. Na łagodnym podbiegu leśną drogą udało mi się wyprzedzić kilku zawodników – nie byłem już ostatni! Chwilę potem trasa skręciła w wąską ścieżynę. Tam też zaczynał się krótki, stromy zjazd (dla mnie zbieg) do wodospadu. Przy nim mała kolejka oczekujących na wejście po linie. Ustawiwszy się w niej przypiąłem narty do plecaka. Po pokonaniu przeszkody, co sił w nogach, pobiegłem długim, łagodnym podbiegiem w kierunku Hali Śmietanowej. Mijałem przy tym kolejne osoby, co dodawało mi wiary we wkładany wysiłek. Ostatni, stromy i wąski odcinek uświadomił mi, że dotychczasowe uphille robiłem w butach zapiętych do zjazdu – cóż, braki w obyciu ze sprzętem wychodziły z każdym krokiem… Na hali zaczynał się zjazd. Wiedziałem, że będzie stromo i wąsko - postanowiłem nie ściągać fok. Ze względu na biegówkowe przyzwyczajenia pozostawiłem też „wolną piętę”. Częściowo na nartach, częściowo grzęznąc do połowy łydki w śniegu, po kilku spotkaniach z puchem zalegającym na Matce Ziemi dotarłem do początku drugiego, ostatniego podejścia. W czasie moich nieudolnych zmagań ze zjazdem straciłem kilka miejsc z ciężko wypracowanej pozycji. Podejście było ostatnią możliwością by przesunąć się jeszcze chociaż oczko w górę w klasyfikacji końcowej. Jak na złość boleśnie zacząłem odczuwać obtarcia od niedopasowanych do stopy butów. Z zaciśniętymi zębami parłem jednak w górę. Determinacja pozwoliła zapomnieć o bólu, do momentu gdy na bardziej płaskim odcinku odkryłem, że lewa narta w ogóle nie chce się ślizgać. Wypięcie buta z wiązania, wyczyszczenie foki, zapięcie go z powrotem w moim wypadku trwało kilka minut i kosztowało kilka pozycji. Do mety – oddalonej o kilkaset metrów – nie udało mi się odrobić już żadnej straty, z wynikiem 2h 38 min zakończyłem rywalizację zajmując ostatecznie 43 lokatę. W oczekiwaniu na oficjalne wyniki i losowanie nagród posiliłem się kiełbaską upieczoną przy ognisku i gorącą herbatą.